meta name="description" content=" - Musisz koniecznie napisać powieść o miłości! - kategorycznie stwierdza ciotka w rozmowie telefonicznej. - Piszę tylko dla Szym... - czytaj więcej na polanegri.pl !" /> polanegri.pl - O festiwalu w literackiej impresji Moniki Głowackiej
AktualnosciBiografiaIzba PamieciFestiwalStowarzyszeniePrasa o nasKontakt
WystawaSponsorzy
7 Przegląd Twórczośći Filmowej

O festiwalu w literackiej impresji Moniki Głowackiej

- Musisz koniecznie napisać powieść o miłości! - kategorycznie stwierdza ciotka w rozmowie telefonicznej.
- Piszę tylko dla Szymusia - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Na trzecie urodziny dam synkowi książeczkę napisaną specjalnie dla niego.
- Tak, tak, dla Szymusia. Ale ja mówię o prawdziwej książce, którą można wydać, żeby zarobić pieniądze. To musi być koniecznie o miłości. Takie lekkie i przyjemne, pisane z twoim poczuciem humoru.
- Oczywiście, napiszę powieść o miłości! - prycham ironicznie do słuchawki, ale ciotka nie daje za wygraną.
- Książki pisze się dzisiaj nawet na zamówienie. To wcale nie jest trudne. Ja poproszę o lekką powieść na moje pięćdziesiąte urodziny. To za dwa lata, więc zdążysz napisać.
- No to napisz taką książkę, skoro wiesz jak. Ja nie umiem wymyślać takich historii. Reportaż, owszem, mogłabym napisać, ale fikcja literacka to zupełnie co innego. Mogę pisać o swoim synku albo o babci na przykład, ale nie o jakiejś wymyślonej laluni, która szuka amanta. Nie napiszę więc twojej wymarzonej powieści o miłości. Odczepić się musisz i tyle - mówię tonem jak najbardziej stanowczym, bo zamierzam uciąć ten niewygodny temat.
- Ja wiem, co mówię - skrzeczy dalej głos w słuchawce. - Ty masz talent i nie wolno ci go zmarnować. Poza tym co ty chcesz robić na tej twojej wsi? Do końca życia chcesz uczyć w szkole?
Teraz to już nieco się zdenerwowałam. Ciotka potrafi być irytująca, nawet jeśli ma dobre intencje. Najgorsze jest to, że po tej rozmowie zaczęłam mieć dziwne wrażenie: jakby czarownica rzuciła na mnie urok. Niby wszystko przebiegało normalnie: rano wstawałam, robiłam dzieciom śniadanie, wychodziłam z nimi na podwórko, czytałam bajeczki, gotowałam obiad, nękałam męża marudzeniem, gdy wracał z pracy… Bywały jednak momenty, że nie mogłam przestać myśleć o tej głupiej rozmowie z ciotką. Spokojnie, przeanalizuj. Co nie daje ci spokoju? Może to, że użyła słowa "talent"? Ach, to nic strasznego, że chciałabyś robić coś na tyle dobrze, by inni mogli cię doceniać. W szkole wolałaś mieć piątki i szóstki niż czwórki, więc tak się starałaś, że niemal zawsze miałaś świadectwo z czerwonym paskiem. A w życiu? Dlaczego ciągle masz wrażenie, że w najlepszym wypadku wszystko robisz dostatecznie albo dobrze, ale nigdy celująco? Cierpliwość do dzieci? - dostateczny z plusem. Ciasto z bananami? - dobry plus (jeśli nie opadło). Wyrozumiałość dla męża? - niedostateczny. Życie zawodowe? - nie podlega ocenie, bo przestało istnieć w arkuszu przedmiotów.
Jejku, przestań się użalać. Dzieci masz cudowne, mąż cię kocha, masz ciszę, spokój, żadnych długów ani wrednych sąsiadów. Dlaczego, u licha, przyczepiłaś się akurat do tego, czego nie masz? Co z tego, że nie masz talentu? Wiesz doskonale, że jakiś wyimaginowany talent nie nadaje życiu sensu! Weź się w garść i przestań o tym myśleć!
Ale jak przestać? "Co ty chcesz robić na tej twojej wsi? Do końca życia zamierzasz uczyć w szkole?" - pyta natrętny głos gdzieś z zaświatów. Boże, co ja będę w tym życiu robić? "Co ty chcesz robić na tej twojej wsi?!" - coraz groźniej wrzeszczy jakiś szalony wewnętrzny głos i nie pozwala racjonalnie myśleć. Uspokój się, pomyśl logicznie, zbierz fakty. Przeniosłaś się w to odludne, obce miejsce, bo akurat tutaj kupiłaś z mężem dom. Zrujnowany, do kapitalnego remontu. Jedyny dom na jaki było was stać. Na wsi. Sto dwadzieścia kilometrów od poprzedniego miejsca zamieszkania. Od rodziny, przyjaciół i miejsca pracy. Jesteś zatem na tej wsi zupełnie sama. Nie masz talentu ani pracy. Za rok skończy się twój urlop wychowawczy i będziesz jeździła z cv i prosiła, by przyjęto cię gdziekolwiek, bo poprzedniej pracy musiałaś się wyrzec ze względu na zmianę miejsca zamieszkania. Poczekaj, nie panikuj. Przypomnij sobie, dlaczego to zrobiłaś. Mieszkałaś z mężem w wynajmowanej klitce, z oknami tylko na północ. Zaszłaś w upragnioną ciążę i poczułaś, że czas w tym miejscu dobiega końca. Z ulgą myślałaś o chwili, gdy usłyszysz ostatni dzwonek w pracy, który oznajmi, że nie musisz już mówić do uczniów, ale tylko do mieszkańca twojego brzucha, bo to jemu jedynemu chciałaś opowiadać o świecie. Zatem zrobiłaś to świadomie. Okna w twoim domu patrzą teraz na wschód i na zachód słońca. Dzieci biegają z kotem po własnym podwórku. Mąż posadził upragnioną winorośl. Ty posadziłaś malwy, tak jak zawsze marzyłaś i choć dzieci zjadły sadzonkom liście, to nie złościsz się za bardzo, bo te kwiaty jeszcze kiedyś urosną i dzieci urosną i ty dorośniesz do tego wymarzonego życia. Przestań więc się bać!
I napisz tę cholerną książkę o miłości! A zatem o to chodziło? O to, że przestraszyłaś się tego natarczywego pytania o przyszłość? Czy teraz, kiedy już wiesz, poczułaś ulgę? Jeśli namierzyłaś lęk, to wystarczy teraz go oswoić. Nie wszystko zdołasz oswoić. Masz mnóstwo małych lęków i kilka ogromnych egzystencjalnych strachów na wróble. Co jakiś czas zrywa się wiatr i wówczas te strachy na wróble kołyszą się i ożywają. - Jak poradzisz sobie ze śmiercią? - wołają. - A dlaczego wciąż nie możesz się modlić? - wyją i śmieją się okrutnie. - Dlaczego czasem nie możesz spać? - wtóruje im wiatr. - Przecież masz prawie wszystko?
No właśnie. Dlaczego znów nie mogę zasnąć? Dlaczego zamiast wtulić się w śpiącego męża, leżę niespokojnie z otwartymi szeroko oczami? To wszystko przez ciotkę - czarownicę. Rzuciła urok i teraz myślę o niej nawet w nocy. Myślę o tym, jakim była dzieckiem. Po co chcę to wiedzieć? To dziwne coś kołaczące się w mojej głowie każe mi podejrzewać, że właśnie ciotka powinna być bohaterką tej przeklętej powieści o miłości. O zgrozo! Bohaterka nieistniejącej książki istnieje w realu i nie pozala mi zasnąć. Osaczyła mnie! Jestem na nią wściekła! Ciotka pewnie może spokojnie spać. Rano zapakuje swój bialutki, starannie wyprasowany fartuszek pielęgniarski i pobiegnie do pracy w szpitalu. Ciotka wszystko pierze i prasuje bardzo starannie. Sprząta z pedantyczną dokładnością i wciąż narzeka, że nie jest dostatecznie czysto. Ciotka wie dużo o życiu i na wszystko ma gotową odpowiedź. Prawdopodobnie nie ma lęków ani strachów egzystencjalnych. Bóg jest na pewno, więc śmierć też jest niezbędna i celowa. Pieniądze są bardzo potrzebne i zawsze jakieś powinny być odłożone na czarną godzinę. Jak się gotuje kapustę albo smaży rybę, to trzeba koniecznie zamknąć drzwi od kuchni, bo inaczej smród rozejdzie się po całym mieszkaniu. Co się ze mną dzieje? Dlaczego podczas bezsennej nocy myślę o tym, co o życiu sądzi ciotka? Co mnie to w ogóle obchodzi? Jeśli faktycznie jakaś tajemnicza siła każe mi pisać dla niej książkę, to dlaczego akurat o niej i dlaczego w taki sposób? Z jakąś złością i irytacją podszytą lękiem o moją przyszłość?
Żeby uspokoić serce, muszę nakarmić wilki, które w sobie noszę. Tak podobno głosi jakaś fińska przypowieść. Ile pragnień i instynktów zdołałam dotychczas zaspokoić? Nakarmiłam wilka miłości. Śpi obok mnie i głośno pochrapuje przez sen. Nakarmiłam wilczycę, która mieszkała we mnie i pragnęła macierzyństwa. Teraz dwa małe wilczki uczą się świata pod moim czujnym okiem. Jest we mnie jeszcze jeden wilk, który wciąż chodzi głodny. To wadera, która wykarmiła swoje młode. Ma swojego towarzysza na całe życie. Znalazła bezpieczną norę, w której może się schronić. Coś nie pozwala jej jednak zaznać spokoju. Niespokojnie biega więc po lesie. Szuka tropów, które wskażą jej szlak do dalszej wędrówki. Gapi się na drzewa i na niebo, jakby tam miała znaleźć jakieś wskazówki. Ta uśpiona we mnie wilczyca budzi się czasem i wyje z głodu. By ją zbudzić, wystarczy jakiś drobny szelest, na przykład rozmowa z natrętną ciotką, która wmawia mi, że mam talent i powinnam coś pisać. Jak zagłuszyć wycie zbudzonej wilczycy? Może trzeba przestać ją zagłuszać? Może wystarczy tę wilczycę nakarmić?
- Dobrze więc - mówię do niej. - Nie Mart się. Może nie mieszkamy w najlepszych z możliwych lasów, ale na pewno zdołamy w nim znaleźć dla ciebie jakieś pożywienie. Ubieram czarną atłasową sukienkę w błękitne kwiaty ozdobione koralikami. Po trzech latach pochylania się nad dziećmi zginam plecy nie po to, by zmienić maleństwu pieluchę lub wytrzeć nos, lecz po to, by włożyć na nogi buty , które choć trochę przypominają szpilki. Patrzę w lustro zadowolona. Mąż podwozi mnie do pobliskiego miasta na film, który od dawna chciałam zobaczyć. Miasto jest raczej małe. Kino też niewielkie. Mieszkam w okolicy od niedawna, więc jeszcze niewiele wiem o tym miejscu. To właśnie tutaj urodziła się Pola Negri. To w tym mieście już po raz szósty odbywa się przegląd filmów zainspirowany tą właśnie postacią.
- No, no - dziwi się ciotka, gdy dzwoni do mnie tuż przed seansem i dowiaduje się, że wybieram się na film w ramach festiwalu "Pola i inni". - To Więckiewicz też ma tam być? - upewnia się zaintrygowana.
- Ma być - potwierdzam. - Został uhonorowany statuetką, którą ma odebrać.
Wyobrażam sobie, jak ciotka, która całe życie mieszka w wielkim mieście, mówi do córki po odłożeniu słuchawki:
- Ty wiesz, tam taka prowincja, a mają bardzo ciekawy festiwal. Zaprosili nawet aktora, który otrzymał nominację do Oskara.
W kinie po mojej lewej i prawej stronie siadają starsze panie. Okazuje się, że znają się z widzenia i z nawiązanej przez nie rozmowy wynika, że obie są emerytowanymi pedagogami: jedna przedszkolanką, druga nauczycielką. Obie są sympatyczne i zadowolone z życia. Kim ja będę w ich wieku, jeśli nie nakarmię swojej wilczycy? - zastanawiam się w duchu. Zgorzkniałą staruszką? Sfrustrowaną polonistką na emeryturze? Niespełnioną zawodowo babcią? Po chwili przestaję o tym myśleć, bo na scenie kino-teatru pojawia się pięknie ubrana kobieta, dyrektor artystyczny festiwalu, która informuje, że pan Więckiewicz miał wypadek na planie filmowym i z tego powodu nie dotrze na miejsce, lecz połączy się z publicznością na ekranie kinowym za pośrednictwem Internetu. Widownia staje na wysokości zadania i serdecznymi oklaskami wita żonę aktora, która odbiera statuetkę w jego imieniu. To dowód, że na prowincji rozczarowania można przeżywać z godnością. O "gwiazdę" nie trzeba ocierać się osobiście, jak kot o nogę właściciela. Można widzieć twarz aktora tylko na ekranie, nasycić się jego nietuzinkowym talentem w filmie i docenić wysiłek organizatorów festiwalu bez złośliwego szemrania, że miało być inaczej. Po uroczystej gali kurtyna odsłania ekran, na którym pojawia się krótki filmik promujący miasto Lipno. Filmik mnie oczarowuje. To bardziej sztuka niż reklama. Autorzy, podejrzewam, że jacyś młodzi, pełni entuzjazmu ludzie, włożyli w swoje dzieło dużo serca i talentu. Miasto widziane ich oczami tętni życiem i uwodzi jakimś tajemniczym pięknem. Ujęcia z lotu ptaka i przejmująca muzyka sprawiają, że muszę powstrzymać łzy wzruszenia, podobnie jak na filmie Agnieszki Holland. - Przestań. Co się tak głupio wzruszasz! - ganię siebie w duchu. Może to czas spędzony w domu z dziećmi, czas karmienia piersią i tulenia sprawił, że stałam się taka bezbronna? To chyba jednak coś innego. To raczej poczucie, że nareszcie jestem u siebie, że odnalazłam drogę do domu. To będzie moja ukochana prowincja.
- Ahoj, wilczyco! - wołam w myślach do mojej wadery, która tego wieczoru najadła się do syta i udaje się na drzemkę. - W tym lesie na pewno uda mi się ciebie nakarmić!