meta name="description" content=" O PRL - u należy opowiadać bez zbędnego patosuZ Beatą Tadlą, dziennikarką TVN rozmawiamy o pracy na najwyższych obrotach w te... - czytaj więcej na polanegri.pl !" /> polanegri.pl - Wywiad Małgorzaty Chojnickiej z Beatą Tadlą
AktualnosciBiografiaIzba PamieciFestiwalStowarzyszeniePrasa o nasKontakt
WystawaSponsorzy
7 Przegląd Twórczośći Filmowej

Wywiad Małgorzaty Chojnickiej z Beatą Tadlą

O PRL - u należy opowiadać bez zbędnego patosu

Z Beatą Tadlą, dziennikarką TVN rozmawiamy o pracy na najwyższych obrotach w telewizji i najnowszej książce

Małgorzata Chojnicka

Czy nadal lubi Pani swoją pracę i podchodzi do niej z takim samym zaangażowaniem, jak na początku kariery?

Uwielbiam! Gdybym jej nie lubiła, to po dwudziestu latach pracy miałabym serdecznie dość. To moja pasja, ale z drugiej strony mam dystans do tego,co robię. Jestem świadoma swojej odpowiedzialności. Informowanie ludzi jest rodzajem misji, a ja w tym uczestniczę. Drugi „biegun” tego zawodu to „parcie na szkło” niezbyt mile widziane. Jeśli ma się coś do powiedzenia, to proszę bardzo! Jednak gdy ogranicza się do samego bytowania jest po prostu głupie. Nie znoszę taniej popularności i udziwnień.

Co jest najtrudniejsze w Pani zawodzie?

Gdy jest się młodym, to pełna dyspozycyjność raczej nie doskwiera – można być ściągniętym z urlopu, weekendu. Wielokrotnie tego doświadczyłam. Potem, kiedy pojawia się rodzina, jest trochę gorzej. Na szczęście, pracujemy w systemie dyżurowym i można sobie wszystko normalnie zaplanować. Są jednak sytuacje, że ktoś zachoruje i trzeba pójść za niego do pracy. Generalnie pracujemy na wysokich obrotach i rzadko chorujemy, bo trzyma nas adrenalina. Ale zdarzają się takie przypadłości jak opryszczka, które w innych profesjach nie utrudniają wykonywania pracy, a w naszej ją uniemożliwiają. Najtrudniejsza jest umiejętność opanowywania emocji. Nie jesteśmy cyborgami, które potrafią nie przejmować się ludzką krzywdą. Emocje znajdują ujście na antenie. Nigdy nie zapomnę 10 kwietnia 2010 r. To było najtrudniejsze wydarzenie w moim zawodowym życiu. Wiem, jak mówić o katastrofach lotniczych, ale ta tragedia była niepodobna do żadnej innej. Nie mogę mówić o prawdzie i sama być nieprawdziwa. Tu zdania są  odzielone, bo jedni uważają, że im bardziej pokażę ludzką twarz, tym wypadnę wiarygodniej. Inni stawiają na przekaz bez emocji. Trzeba to samemu wypośrodkować i czasem to samo wychodzi. Teraz jest inny język rozmowy z widzem, pomiędzy potocznym a ogólnym – mówimy do niego, a nie czytamy. Jeśli ktoś mnie rozśmieszy, to się śmieję. Po prostu…

Kto jest dla Pani dziennikarzem idealnym?

Nie mam jakiegoś konkretnego wzorca, gdyż od każdego chciałabym wziąć konkretne cechy i stworzyć dziennikarski ideał. Piotra Marciniaka, z którym prowadzę weekendowe wydanie Faktów, cenię za umiejętność zadawania bardzo podchwytliwych pytań,  Monikę Olejnik za doskonałą pamięć, a Kubę Wojewódzkiego za sprytne pointy.  Ja jestem typem łagodnym, spokojnym. Pracę w telewizji zaczynałam, mając piętnastoletnie doświadczenie radiowe. Wcześniej nie czułam się na siłach, a telewizja na żywo była dla mnie wyzwaniem.

Wpadki się zdarzają…

Kiedyś kolega Jakub Porada tak mnie rozbawił przed wejściem na wizję, że nie byłam w stanie przeczytać informacji. A powód był bardzo banalny – czytał opowieść o przyjaźni kotka z zajączkiem, jakby to było najbardziej sensacyjne wydarzenie, mrożące krew w żyłach. W sumie bym wytrzymała, ale pani weterynarz zajmująca się zwierzątkami nazywała się Wydra. Wtedy dałam upust emocjom i popłakałam się ze śmiechu. Innym razem, prowadząc program miałem wrażenie, że ktoś biega mi za plecami, co mnie bardzo rozpraszało.
Okazało się, że to Mariusz Pudzianowski pomykał za mną w stroju Supermana, bo się z kimś założył…

Co zadecydowało w Pani przypadku o wyborze zawodu?

Nie zawsze chciałam być dziennikarką, a marzyłam o zawodzie aktorki. „Popłynęłam”, gdy jeszcze w liceum zaczęłam pracować w radiu w mojej rodzinnej Legnicy. Przez przypadek trafiłam na casting i tak się zaczęła moja dziennikarska przygoda. To były fantastyczne czasy i praktyczna nauka zawodu, bo rozgłośnia dopiero powstawała, a my wszyscy uczyliśmy się dziennikarstwa radiowego. Kierowaliśmy się intuicją. Zobaczyłam, że istnienie w świadomości społecznej jest bardzo ważne, a mikrofon daje mi możliwość opowiedzenia ludziom o świecie. Wpływanie na innych jest cudowne.Wybierając dziennikarski fach dobrze mieć coś obok, bo kiedy dojdziemy do wniosku, że to nie dla nas, mamy coś w zanadrzu. Ja ukończyłam zarządzanie instytucjami kultury i kulturoznawstwo.

A jak z organizacją czasu?

Z organizacją czasu nie jest łatwo. Muszę sobie zaplanować dzień, kiedy będę mogła się wyspać i wstać bez budzika. Kiedy jestem z synem, jestem z nim na 100 procent. Żadna ze mnie pracoholiczka czy matka Polka. Umiem gotować, ale uważam je za stratę czasu. Obiady jadamy w stołówce i tak też jest dobrze. Myślę, że mój syn widzi, ile ja robię i że po prostu lubię swoją pracę. Świetnie się rozumiemy.

Niedawno ukazała się Pani kolejna książka pt. „Niedziela bez Teleranka”.
Skąd pomysł na jej napisanie?

Syn jest moją najlepszą inspiracją życiową. Dzieciom w jego wieku historię najnowszą trzeba opowiadać inaczej, bez zbędnego patosu. To zostawiam już politykom. Wiadomo, że byli dobrzy solidarnościowcy i źli SB-cy, ale potrzebna jest również pewna refleksja na życiem codziennym. Kiedy syn zapytał mnie, gdzie maszyna do pisania miała wyświetlacz zrozumiałam, że należy coś z tym zrobić. Tak powstała „Niedziela bez Teleranka”, będąca porównaniem dwóch światów. Nie tak znowu odległych czasów mojego dzieciństwa i współczesności. Chciałam, żeby dzieci wiedziały, co jedliśmy, w co się bawiliśmy, jak wyglądało nasze codzienne życie. Mieliśmy swój własny świat. Synowi jest trudno zrozumieć, że nie miałam tego czy tamtego. To jest mój sposób na opowiadanie o czasach PRL - u. Młody czytelnik w „Niedzieli bez Teleranka” znajdzie odpowiedź na pytanie, jak wyglądało dzieciństwo jego rodziców. Zobaczy aparat telefoniczny z obrotową tarczą, ówczesne „supermarkety” i kartki żywnościowe.  Pracując nad książką uświadomiłam sobie, że osoba młodsza ode mnie zaledwie o pięć lat nie wie, co to był saturator. A my z nich korzystaliśmy. Krawędzie szklaneczek nie były myte nigdy, a my jakoś nie chorowaliśmy. Pewnego rodzaju ciekawostką jest również szpinak. Teraz to wyszukany dodatek do wykwintnych dań, a w moim przedszkolu każde dziecko miało do perfekcji opanowaną sztukę upychania go pod ziemniaki. Tylko je mogliśmy bowiem zostawić na talerzu.


TECZKA OSOBOWA   
Beata Tadla jest dziennikarką i prezenterką serwisów informacyjnych TVN.
Od 1991 r. związana z radiem: początkowo z Radiem Legnica, potem warszawskim Radiem Eska, następnie Super FM, Radiem Plus. Współpracowała z TV Puls, TVP i TVN Style, gdzie była gospodynią magazynu Klub młodej mamy.
Z TVN związana jest od sześciu lat. Napisała trzy książki: „Pokolenie '89 czyli dzieci PRL-u w wolnej Polsce”, „Kto pyta nie błądzi - rozmowy wielkich i niewielkich” oraz „Niedziela bez Teleranka”. W październiku 2010 roku otrzymała tytuł Mistrza Mowy Polskiej